Proszę Państwa, oto przedstawiam: Bakterie. Jeżeli myśl o mikrobach przejmuje Was dreszczem, to zapraszam. Spróbuję Wam pokazać, że nie są to paskudne potwory, które trzeba zniszczyć za wszelką cenę.
wtorek, 30 kwietnia 2013
Wyssane z mlekiem matki

Chyba nikt nie zaprzeczy, że mleko matki jest dla nowonarodzonego dziecka najlepszym pokarmem, nie tylko idealnie zbilansownym i dopasowanym do potrzeb, ale także bogatym w przeciwciała, które na pewien czas zapewniają dziecku odporność na niektóre choroby. Okazuje się jednak, że matczynym mleku jest jeszcze coś, czego nie dostarczy nawet najlepsze sztuczne mleko: bakterie.

Podczas pierwszego karmienia w mleku - czyli siarze - znajduje się ponad 700 szczepów bakterii, z których dominujące należą do rodzajów Weissella, Leuconostoc, Staphylococcus, Streptococcus i Lactococcus. Choć nie ma na to bezpośrednich dowodów, wydaje się, że rolą tych bakterii jest zasiedlenie przewodu pokarmowego dziecka, a dzięki temu pomoc w trawieniu niektórych związków, stymulowanie układu odpornościowego, a także ochrona przed bakteriami patogennymi.
W kolejnych miesiącach karmienia mleczna mikroflora upodabnia się do tej znajdowanej w jamie ustnej - tutaj nie ma pewności, jaka jest droga bakterii - czy dostają się one z mlekiem do buzi dziecka, kolonizując ją, czy odwrotnie, mikroby z ust niemowlęcia "zakażają" matczyne mleko.
Dodatkową ciekawostką, wskazującą jednocześnie na nieprzypadkowość obecności tych bakterii jest to, że ich zróżnicowanie jest zmienne i zależy od różnych czynników. Mniej gatunków i o innym składzie identyfikowano w mleku matek otyłych i tych, które w ciąży przybrały nieco więcej niż powinny. Również uboższa mikroflora była u tych kobiet, które rodziły przez cesarskie cięcie, chyba, że cesarka odbywała się znienacka. To z kolei wskazuje, że na skład bakterii ma wpływ stan hormonalny matki tworzący się w trakcie akcji porodowej.

Inne stosunko świeże badania pokazały, że skład mikroflory jelitowej może sprzyjać otyłosci. Jeśli połączymy te dwa zjawiska: wpływ bakterii na otyłość oraz różnice w składzie mikroflory mleka matek z nadwagą i bez niej, to pojawia się sugestia, że (częściowo) skłonność do nadwagi może dosłownie zostać wyssana z mlekiem matki.

źródło: EurekAlert!


 


13:52, yepestis
Link Komentarze (7) »
piątek, 29 marca 2013
Ogrzej mikrobka

 

 

Ten znaleziony w Internecie rysunek fajnie przedstawia wpływ różnych temperatur na bakterie, ale też sam się prosi o parę dodatkowych słów.

Najpierw powiew chłodu.

W temperaturach poniżej zera bakterie generalnie nie rosną, mogą przebywać w stanie uśpienia, a część organizmów ginie – jeśli nie mają rozwiniętych mechanizmów ochrony przed chłodem, to ich komórki może zniszczyć zamarzająca w nich woda – ponieważ rozszerza swoją objętość, a także dlatego, że woda może stopniowo zamarzać przybierając struktury szpilek, które fizycznie uszkadzają struktury komórkowe, szatkując białka i tnąc kwasy nukleinowe. W niskich temperaturach bardzo spowalniają także reakcje chemiczne i biochemiczne, co wynika akurat z praw fizyki. I jeszcze jedna kwestia: zamarznięta woda jest po prostu niedostępna, więc grubo poniżej zera jest nie tylko okropnie zimno, ale też sucho (chyba, że w wodzie tej rozpuszczone są różne związki, np. sole).

I chociaż mróz, śnieg i lód generalnie kojarzą się z co najmniej uśpieniem życia, to zawsze można poszukać wyjątków. Pisałam już kiedyś o bakteriach żyjących na lodowcach , a jakiś czas temu ukazała się publikacja* donosząca o może nie kwitnącym, ale jak najbardziej aktywnym życiu mikrobiologicznym w solance o temperaturze -13 stopni C – życie to zostało uwięzione w lodowcu, w niewielkim, odciętym od reszty świata środowisku.

Podgrzejmy nieco atmosferę: w temperaturze nieco powyżej zera bakterie generalnie nie rosną, przynajmniej nie te, które mogą nas interesować np. jako bakterie chorobotwórcze czy psujące jedzenie, stąd tak powszechnie korzystamy z lodówek. Zwróćcie jednak uwagę, że nawet jedzenie trzymane w lodówce nie jest świeże w nieskończoność, co wskazuje, że obecne tam mikroby są i na dodatek bezczelnie się mnożą, tylko po prostu trochę wolniej. Jedną z niebezpiecznych paskud, przed którą należy się mieć na baczności jest Listeria monocytogenes, która nie to, że po prostu „jakoś trwa” w temperaturze lodówki, czyli ok. 4 st. C, ale akurat ona doskonale się w tej temperaturze czuje i mnoży. Niebezpieczeństwo polega na tym, że ona lubi mieszkać na wędlinach, które zwykle zjada się bez dalszej obróbki cieplnej, jak również raczej nie myje przed spożyciem. Czyli – wędlince o podejrzanym zapachu dla własnego bezpieczeństwa lepiej powiedzieć pa pa. Podobnie z ugotowanymi makaronami i ryżami – np. w sałatkach. Jeśli są na nich mikroby, to już ich nie ubijemy gotowaniem. Makaron wydaje się całkiem niewinny, prawda? Bo wiadomo, że kiełbasa się szybko psuje, ale kluchy? Na makaronie może sobie zamieszkać Bacillus cereus, który może wywoływać groźne zatrucia pokarmowe, dodatkowo bakterie z rodzaju Bacillus wytwarzają spory, czyli przetrwalniki odporne na wiele szkodliwych czynników środowiska – w tym podwyższoną temperaturę (żółty supermen na samej górze rysunku), więc nawet odgrzanie takich podejrzanych klusek nie ubije mikrobów.

Wyjdźmy teraz z lodówki: na termometrze mamy „danger zone 5-60 stopni”. Spokojnie można przyjąć, że jeśli my się w jakiejś temperaturze czujemy świetnie, to bakterie też. Powyżej czterdziestu kliku stopni temperatura dla wielu bakterii przestaje być optymalna – białka zachowują się tak samo w komórkach wszystkich organizmów i generalnie są tak samo podatne na uszkodzenia wywołane różnymi czynnikami fizycznymi. Odporność na takie czynniki wynika z istnienia jakichś dodatkowych mechanizmów.  Powyżej 50-60 st. C zaczynają się mikroorganizmy zaliczane do termofilów, które przystosowały się do życia w wyższej temperaturze „niż normalnie”. Powyżej 60-70 stopni mamy już do czynienia z organizmami ekstremofilnymi, np. mieszkańcami gorących źródeł, często nie są to już bakterie, ale archeony (kilka przykładów mikroorganizmów ekstremofilnych tu  i tu ). W takich temperaturach przeżyje też wiele form przetrwalnych, w tym wspomniane spory.

Warto pamiętać, że mikroby mają swoje ulubione zakresy temperatur, niezależnie od tego, czy zastanawiamy się na świeżością wyciągniętego z lodówki jedzenia, czy też chcemy wyhodować nowy szczep przywieziony z wakacji;) – bo jeśli były to wakacje na biegunie?

 

 

*Microbial life at -13 °C in the brine of an ice-sealed Antarctic lake. Alison E. Murray i wsp.,  PNAS December 11, 2012 vol. 109 no. 50 20626-20631, doi: 10.1073/pnas.1208607109

 



23:18, yepestis
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 stycznia 2013
Drzewa = oaza. Nawet w oceanie

Pewnie każdy myśląc o oazie widzi oczyma wyobraźni kilka zielonych palm otaczających urocze jeziorko słodkiej wody. Tymczasem drzewa nawet po śmierci i w środowisku skrajnie innym niż pustynia – w morskich odmętach – mogą stanowić o powstaniu oazy. Tymczasowe oazy życia na dnie mórz, w miejscach, gdzie, wydawałoby się, nic nie chciałoby żyć. Naukowcy z bremeńskiego Instytutu Mikrobiologii Morskiej Maxa Plancka pokazali, w jaki sposób zatopione drewno może rozwinąć się w atrakcyjną kwaterę dla zróżnicowanej grupy mikrobów i bezkręgowców. Wykorzystując podwodne roboty potwierdzili zaproponowaną wcześniej hipotezę, że drewno będzie przyciągało żyjące na dnie zwierzęta dzięki obecności bakterii produkujących siarkowodór.

Wiele zwierząt rozwijających się w okolicach kominów hydrotermalnych i zimnych cieków potrzebuje tak szczególnych rodzajów energii jak metan czy właśnie siarkowodór, które wydostają się z dna morza. Są one przekształcane na jedzenie przez towarzyszące tym zwierzętom mikroorganizmy. Kominy hydrotermalne i cieki są często oddzielone od siebie nawet setkami kilometrów podmorskiej pustyni.

Od dawna zastanawiano się, w jaki sposób zwierzęta mogą przemieszczać się pomiędzy tymi oazami. Jedna z hipotez zakładała, że zatopione truchła wielkich waleni, zdechłe wodorosty, jak również zatopione drewno mogą stać się czasowym środowiskiem życia podmorskich zwierząt. Do tego konieczna jest jednak obecność bakterii, które przekształcą te organiczne szczątki w metan lub związki siarki.

Aby zmierzyć się z tą hipotezą naukowcy umieścili pnie drzew na dnie Morza Śródziemnego, na głębokości 1700m, a po roku wrócili, aby przyjrzeć się faunie, mikroorganizmom oraz składnikom chemicznym.

Badacze byli zaskoczeni, jak wiele zwierząt skolonizowało drewno po zaledwie roku. Głównymi mieszkańcami były małże z rodziny świdrakowatych, znane ze swej zdolności do wiercenia w drewnie i pożerania celulozy.  Małże te są zdobywcami, którzy przygotowują nowy teren dla kolejnych organizmów. Małże niczego by nie zdziałały, bez nieodzownego towarzystwa bakterii, bez których trawienie celulozy byłoby niemożliwe.

Naukowcy zaobserwowali, że małże pocięły duże bloki drewna na kawałeczki, które były następnie rozkładane przez inne organizmy. Ich aktywność prowadziła do zużycia tlenu, umożliwiając produkcję siarkowodoru przez mikroorganizmy redukujące siarczany. Naukowcy znaleźli również muszlę, która jest typowa dla organizmów żyjących przy zimnych źródłach i podobnych środowiskach, gdzie związki siarki zużywane są jako źródła energii, a także odkryli nieznane gatunki podmorskich robali.

Okazało się więc, że zatopione drewno nie tylko umożliwia rozprzestrzenianie się rzadkich gatunków zwierząt podmorskich, ale także stanowi hotspot dla rozkwitu bioróżnorodności na dnie morza. 

Tak więc każdy zatopiony statek, o ile nie wybebeszył się z transportu ropy, może rozwinąć się w tymczasową oazę podmorskiego życia i przystanek dla zwierzątkowych wędrowców między kominami hydrotermalnymi. Co z kolei przypomina, że coś musi umrzeć, żeby coś innego mogło żyć, a zależności pomiędzy poszczególnymi organizmami są dużo bardziej złożone i skomplikowane, niż można na pierwszy rzut oka przypuszczać. (Kiedyś było łatwiej, bo na dno morza trafiały rzeczywiście drewniane statki, a nie blaszane konserwy, ale i do konserw podwodny świat się dogryzie).

 

źródło



22:40, yepestis
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 listopada 2012
Toaleta najbrudniejszym miejscem w domu?

W nawiązaniu do jednego z poprzednich tekstów o bakteriach tu i tam...

Deska sedesowa zyskała niechlubne miano najbrudniejszego przedmiotu znajdującego się w przeciętnym domu. Jednak naukowcy twierdzą, że w domach istnieją o wiele bardziej syfiaste miejsca, a niektórych z nich w ogóle byście o to nie podejrzewali.

Czy pokroiłbyś warzywa na desce... sedesowej? Myślę, że każdy odpowie "nie", ale może powinniśmy to przemyśleć?

Dr Chuck Gerba, naukowiec z uniwerku w Arizonie, bada jak przenoszą się choroby w środowisku. W ramach tych badań sprawdza jak wiele bakterii i jakiego rodzaju rozwija się na przedmiotach domowego użytku. W szczególności poszukuje bakterii typu coli* (np. Escherichia coli; wystąpiła gościnnie w Mikrobach np. tu i tu ) oraz Staphylococcus aureus**.

No więc co znalazł dr Gerba?
Otóż, na przeciętnej desce sedesowej znajduje się około 50 bakterii na cal kwadratowy***, a to oznacza, że to jedno z najczystszych miejsc, wręcz złoty standard czystości, jeśli chodzi o mikroby. Zaniepokoić powinny jednak inne domowe przedmioty. Na przykład na deskach do krojenia znajduje się 200 razy więcej bakterii! Przy czym trzeba pamiętać, że wykryte tam bakterie kałowe raczej nie pochodzą z naszych łazienek, a z surowego mięsa, które było na nich przygotowywane. Toalety są czyste, ponieważ tak obawiamy się zarazków, że w kółko je czyścimy, warto jednak byłoby zastosować podobną taktykę w przypadku desek do krojenia. Jednak najnajgorszym składowiskiem mikrobów jest kuchenna myjka/gąbka/szmatka (czego kto tam używa). Na szmatkach siedzi około miliona mikrobów na cal kwadratowy, na gąbkach nawet dziesięć milionów. Zjawisko jest ogólnoświatowe - najbardziej zabakteriowanym przedmiotem w domach są myjki kuchenne.
Co do innych "brudnych" miejsc w domach, to testy często oblewają lodówki i uszczelki wokół wanny. 
Poza domem: trzeba uważać na telefony komórkowe, które raczej mało kto myje, również przeciętne biurko jest siedliskiem bakterii - około 400 razy więcej niż na desce klozetowej. Warto uważać z okropnie skażonymi wózkami sklepowymi, ale także z torbami zakupowymi wielokrotnego użytku - "niektórzy ludzie mają więcej bakterii kałowych w torbach z warzywniaka niż w majtkach, bo te drugie piorą".

Mimo codziennego kontaktu z ogromnymi ilościami bakterii nie chorujemy - zawdzięczamy to naszym sprawnym, rozwijanym od milionów lat układom immunologicznym. W nowoczesnym świecie nauki warto jednak przestać polegać na szczęściu, a wziąć sprawy w swoje ręce i powalczyć ze zidentyfikowanym zagrożeniem.

Autorzy i wydawcy tekstu mimo wszystko nie zalecają krojenia jedzenia na sedesie
(jak wpadnie do środka to kiszka)


*E. coli jest dobrym przedstawicielem bakterii fekalnych, sama w sobie zwykle nieszkodliwa, ale jest dobrym wskaźnikiem, że badana próba jest zanieczyszczona bakteriami kałowymi, a więc istnieje prawdopodobieństwo obecności bakterii chorobotwórczych - na przykład Salmonella albo Shigella.
**S. aureus, jest bakterią Gram-dodatnią, występuje np. w naszych nosach, a gdy jesteśmy osłabieni, albo gdy trafi się bardziej narowisty szczep, może powodować choroby. To "ten", wywołujący popłoch swą nazwą, gronkowiec złocisty.
*** nie chce mi się tego przeliczać :P porównanie ilości jest proste i jednostka powierzchni nie ma większego znaczenia.

źródło


21:02, yepestis
Link Dodaj komentarz »
środa, 31 października 2012
Jeszcze trochę zdjęć

Wspomnienie z Festiwalu Nauki;)

Gimnazjaliści dostali szalki ze zwykłym podłożem bez antybiotków (LB) i mogli sobie wyhodować jakieś swoje bakterie. Tzn. mogli dotykać, pluć, kłaść włosy...zebraliśmy potem re szalki, inkubowaliśmy kilka dni, a zdjęcia rozesłaliśmy "właścicielom" - mikrobodawcom. Poniżej wybrane przykłady z tego, co zobaczyliśmy

 

23:19, yepestis
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 października 2012
Dzieci, umyjcie rączki!

Tak tak, znowu poprzynudzam, a to dlatego, że sezon grypowo-przeziębieniowy w pełni. Rano zimno, po południu ciepło, wieczorem znów ziąb, a zarazy tylko czekają na moment nieuwagi układu odpornościowego... i już leżysz w łóżku z anginą lub grypą.

A takie zwykłe, nudne, banalne mycie rąk naprawdę pełni kolosalną rolę w ograniczaniu epidemii przeziębień. Po prostu mikroby nie lubią zwykłego mydła. Mydło rozwala błony komórkowe mniej więcej tak, jak płyn do mycia naczyń "niszczy" tłuszcz w reklamach. Nie musisz kupować od razu super-hiper-megawypasionego antybakteryjnego preparatu za cenę 127 kostek mydła, ani wkręcać sąsiadki kuzynki stryjecznego brata szwagra, która jest salową, żeby wam skombinowała to cudo, którym chirurdzy myją ręce przed operacją.

MYDŁO I CIEPŁA WODA!

Nie wyobrażam sobie, żeby nie umyć rąk po skorzystaniu z toalety albo po powrocie do domu, ale niektórzy niestety sobie to wyobrażają.

Tak więc (może być niesmacznie):

- jeżeli dotykasz jakichś powierzchni w obcym miejscu - po powrocie do domu umyj ręce. Trudno niczego nigdzie nie dotknąć, a nie wiesz kto to macał przed tobą

- wózki/koszyki w supermarketach to siedliska zła i zarazy. Supermarkety nie chwalą się jakoś tym, że ich wózki są myte, zresztą nawet jakby się chwalili, to ciężko mi uwierzyć, gdy rączka wózka się lepi. Na takich wózkach siedzi więcej mikrobów, niż w zwykłej, przeciętnej toalecie. RODZICE, CZY NAPRAWDĘ MUSICIE WSADZAĆ DZIECI W TE PRZEZNACZONE DLA NICH MIEJSCA W WÓZKACH? Jeżeli tak, to chociaż weźcie ze sobą chusteczki dezynfekujące, przetrzyjcie te nieszczęsne rączki, bo dziecko w jednej chwili się trzyma, a w drugiej już pcha łapki do buzi, albo wsuwa podsuniętą przez Was bułkę.

- w komunikacji miejskiej trzeba się trzymać, a kto zgadnie, kto to trzymał poręcze przed nami? i czy wcześniej nie grzebał w ziemi, bo to wędkarz i szukał dżdżownic, albo kichał/kaszlał, więc jak mamusia nauczyła, tak zasłonił usta, albo był w toalecie i...

- pieniądze też są brudne

- to, że ręce – Twoje lub innych osób – nie są widocznie brudne, tzn. nie są czarne, lepkie, wilgotne, upaćkane, to jeszcze nie znaczy, że są czyste.

Jeżeli myślisz, że coś jest czyste, bo nie wygląda na brudne i masz wątpliwości czy po dotykaniu tego (poręcze, klamki, różne towary w sklepach, zwłaszcza samoobsługowych, krzesełka, guziki w domofonach/windach, klawisze w bankomatach) lub przed zjedzeniem tego (np. owoce z targu) trzeba umyć ręce (lub właśnie rzeczony owoc) to pomyśl, że TAK, TRZEBA.

Ponieważ nigdy nie wiesz kto tego dotykał przed Tobą, i co tymi brudnymi łapami robił, zanim tego dotykał. Może tylko się drapał po nosie, a może… w nim dłubał

Oczywiście większość z nas ma w miarę sprawne układy odpornościowe, które sobie radzą w codziennych spotkaniach z brudem, więc nie trzeba od razu wpadać w paranoję, ale ostrożności też nie zaszkodzi, zwłaszcza o tej porze roku.



20:07, yepestis
Link Komentarze (6) »
niedziela, 30 września 2012
Prawie jak kredki

Znów trochę zabawy ze szczepami kolorowych bakterii. Kolory te są jak najbardziej prawdziwe, tzn. może zdjęcia nie oddają w pełni odcieni, ale te wszystkie kreski, linie i mazy zrobiłam patyczkiem "zamoczonym" w kolonii bakterii, które raczyły zakazić moje szalki. Z wyjątkiem tej niebieskiej, tę "upolowałam" z gleby.

 Tutaj moja "paleta". Ta piąta od góry, biaława, to Escherichia coli  - moje podstawowe narzędzie pracy, jak widać w standardowych warunkach nie wygląda zbyt spektakularnie (oczywiście wiemy, że wygląd zewnętrzny się nie liczy, gdyż ważne jest wnętrze...)

vogesella indigofera

 Te bakterie to Vogesella indigofera, której kolonie osiągają piękny, ciemnoniebieski kolor z połyskiem miedzianym, co zawdzięczają barwnikowi - indygoidynie

 Pomarańczowe gluty. Nie wiem, co to za szczep. Ma ładny, pomarańczowy kolor i połysk nadający koloniom wrażenie, że zaraz się rozpłyną. Zresztą wrażenie to nie jest do końca złudne - szalki hoduje się "do góry nogami", czyli podłoże na górze, a wieczko na dole. Bakterię tę trzymałam bardzo długo w lodówce, a kolonia powoli rosła, niczym pęczniejąca kropla, która w końcu "skapnęła" na wieczko.

 

 To też nie wiem co to jest, ale >Ten szczep + szalka z podłożem + wykałaczka< i mikrobiolog może naprodukowac serduszek na walentynki;). Kolor jest bardzo intensywny, czerwony wpadający w różowy

Na koniec już nie bakterie, a grzybki, czyli jak to cebula nie jest uniwersalnym środkiem biobójczym ;) (niestety)

22:43, yepestis
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25

ResearchBlogging.org

Serwis Mikrobiologiczny