Proszę Państwa, oto przedstawiam: Bakterie. Jeżeli myśl o mikrobach przejmuje Was dreszczem, to zapraszam. Spróbuję Wam pokazać, że nie są to paskudne potwory, które trzeba zniszczyć za wszelką cenę.
środa, 29 lipca 2009
Horror wakacyjny


Czyli uchylę rąbka tajemnicy jak pastwię się nad moimi bakteriami.
Ale może najpierw małe wyjaśnienie: NIE oglądam moich mikrobów pod mikroskopem. Niektóre specyficzne doświadczenia rzeczywiście wymagają takich obserwacji, ale nie jest to praktyka stosowana w codziennej pracy. Jeżeli ktoś mówi o oglądaniu bakterii to zwykle chodzi mu o te masy, które widać dzięki temu właśnie, że jest ich dużo: najczęściej w postaci kolonii na szalkach albo mętnych zawiesin w hodowlach płynnych.
Bakterie są dla mnie Narzędziem, miliardami malutkich fabryczek, które powinny produkować to, o co je poproszę, czasem również służą za swoisty magazyn. Staram się traktować je dobrze, czasem stosując jakąś presję (antybiotykową), ale te małe łajzy i tak nie zawsze są grzeczne. Może te co sprytniejsze po prostu domyślają się, że tak naprawdę nie czeka ich z mojej strony nic dobrego?
Ponura przyszłość, czyli śmierć i zgorszenie, a do tego wszystko in vitro. Praca z DNA oznacza m.in., że
- Morduję i wybebeszam – tzn. najpierw pozwalam im ładnie się rozmnożyć, żeby za chwilę zalać buforem, od którego osłony komórkowe popękają, a całe flaki wypłyną na zewnątrz. Ja akurat najczęsciej łowię DNA, ale jeśli ktoś ma ochotę zapolować na inne molekuły, to na wszystko są sposoby (czy używanie różnych związków, które na etykietkach mają pomarańczowe symbole: toksyczne, żrące, szkodliwe dla środowiska…)
- Molestuję – tzn. zmuszam komórki do pobrania takich fragmentów DNA, jakie ja chcę, żeby się tam znalazły, i dokładam wszelkich starań, żeby one to wzięły, nawet, gdy może im to zaszkodzić (często stosuje się taki trik, że dajs się im coś potrzebnego – czyli podstępnie podsuwa geny oporności na antybiotyki, a później każe się im żyć na podłożu właśnie z tymi antybiotykami). Aby w ogóle móc wprowadzić DNA do komórek, muszę je najpierw przygotować, w sposób, który znacznie osłabi ich osłony komórkowe, często śmiertelnie je dziurawiąc. Bakterie, które nie chcą współpracować poddane tej stosunkowo łagodnej perswazji traktowane są prądem.
- Zamrażam – szczepy, które są potrzebne i chcemy je przechować dłużej miesza się z roztworem krioprotektantu, a następnie chowa w czeluściach zamrażarki w minus 80 st. C. Czasem wcześniej traktuje się je ciekłym azotem, żeby zamarzły błyskawicznie, nie dając szansy powstać kryształkom wody (w tym celu dodawany jest również krioprotektant). Powstające i rozrastające się kryształki działają jak noże, które przebijają delikatne wnętrzności komórki.  

To tylko niektóre przykłady, ale od razu widać, że mikroby mają się za co mścić.

piątek, 04 stycznia 2008
Żeby w paszczy nie piszczało
Kiedyś pisałam o mikroorganizmach zamieszkujących jamę ustną - w tekście Co w paszczy piszczy, a dziś małe nawiązanie - z optymistycznym akcentem (nigdy więcej borowania gdy wykończymy wroga?)

Do głównych sprawców próchnicy należy paciorkowiec - Streptococcus mutans. Bakteria ta zużywa sacharozę, z której w wyniku prowadzonych przez nią procesów powstają kwasy naruszające szkliwo. Wiele bakterii, które współżyją z nami nie lubi, gdy w środowisku znajduje się zbyt wiele kwasu (i nasz organizm wykorzystuje ten fakt jako jeden z mechanizmów obronnych), ale akurat S. mutans stopniowo wykształcił mechanizmy uodparniające go na działanie kwasu. Jeden z tych mechanizmów polega na tym, że do błony komórkowej włączane są kwasy tłuszczowe o dłuższym niż normalnie łańcuchu węglowym. Nie wiadomo, jak działa taka ochrona, ale niewątpliwie jest ona skuteczna.

Za tworzenie tych dłuższych kwasów tłuszczowych odpowiada specjalne białko, nazwane FabM. Gdy znajdziemy cząsteczkę, która będzie z nim oddziaływać hamując jego aktywność doprowadzimy do tego, że bakteria zginie, gdy zacznie prowadzić swoje normalne procesy życiowe prowadzące do zakwaszenia środowiska. Pozbędziemy się jednego nieprzyjaciela, doprowadzając do jego samozniszczenia - albo do wprowadzenia istotnych zmian metabolizmu.
poniedziałek, 15 października 2007
Witamina od bakterii

Jak wiadomo, witamina C występuje w wielu owocach i warzywach i musimy ją jeść, żeby nie dostać szkorbutu. Szkorbut jest wynikiem zaburzeń w syntezie kolagenu, najpowszechniejszego białka naszego organizmu. Dzisiaj kojarzy się raczej z zamierzchłymi czasami dalekomorskich wypraw, na które zabierano zapasy cytryn i jedzono je choćby i nadpsute, byle nie zachorować. Dzisiaj wystarczy łyknąć małą żółtą pastylkę, ale nawet i to zwykle jest niepotrzebne: witamina C dodawana jest do każdego produktu, do jakiego tylko da się ja wcisnąć, w końcu landrynki z witaminą są “zdrowsze” od samych landrynek...

Jeden ze sposobów pozyskania dużej ilości witaminy C, czyli kwasu askorbinowego, obejmuje wykorzystanie bakterii. Są one małymi fabryczkami, które wykonują większość “brudnej roboty”. A właściwie byłaby ona brudna, gdyby bakterii nie wykorzystywać. Takim pomocnikiem (raczej niewolnikiem) człowieka jest bakteria Erwinia herbicola (Pantoea agglomerans), wzbogacona o kilka genów Corynebacterium. Bakterie hoduje się w odpowiednich warunkach, dbając o składniki odżywcze, odpowiednią ilość tlenu, temperaturę, a potem izoluje się związek (dokładnie: kwas 2-keto-L-gulonowy), który już w laboratorium chemicznym przekształcany jest w kwas askorbinowy. Przeniesienie odpowiednich genów Corynebacterium do Erwinia ułatwiło, a przez to obniżyło koszt otrzymania prekursora witaminy C, gdyż uzyskuje się go podczas jednej, a nie dwóch kolejno prowadzonych hodowli.

| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Tagi

ResearchBlogging.org

Serwis Mikrobiologiczny